Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

30 lipca 2012

Recenzja - Sklepik z marzeniami


                             Co byście zrobili, gdybyście żyli w małym miasteczku, gdzie największym wydarzeniem jest otwarcie nowego sklepu? I co, gdyby ten nowy sklep otwarto pod nazwą „Sklepiku z marzeniami”? Zapewne bylibyście nastawieni do czegoś takiego sceptycznie… przynajmniej do czasu. Bo co by było, gdybyście w końcu przekroczyli próg owego sklepu i przekonali się, że naprawdę możecie w nim kupić to, o czym marzycie i to jeszcze za rozsądną cenę oraz… drobny psikus? Odpowiedź na te pytania przestawia nam Stephen King w swojej powieści Sklepik z marzeniami.
                             Co prawda okładka z wydawnictwa Albatros nie przyciąga do książki. Nie ma na niej niczego niezwykłego. Ot, zwykły dom, przy którym stoi zaparkowany samochód. Widać przed nim także jakąś zamazaną ludzką postać otoczoną dziwnym, jasnym światłem. Już bardziej przyciąga nazwisko Kinga oraz tajemniczy napis nad przedstawionym przeze mnie obrazkiem: Ceną za zrealizowane marzenia jest zaprzedanie duszy diabłu…
                             Czytając książkę, nie wyczuwamy z początku niczego podejrzanego. Po prostu w miasteczku Castle Rock ma zostać otwarty nowy sklep o nazwie „Sklepik z marzeniami”. Nikt z mieszkańców nie wie, co dokładnie będzie tam sprzedawane, ani kto jest właścicielem obiektu. Największe plotkary w miasteczku co najwyżej zakładają się między sobą, że to będą z całą pewnością antyki, które szybko zbankrutują. Nic więc dziwnego, że w dzień otwarcia do „Sklepiku” przychodzi tłumek ciekawskich i prawie że każdy z nich znajduje w nim to, o czym marzy. Szczególnie cieszy ich to, że mogą kupić to, czego pragną za niską cenę oraz psikus spłatany jednemu z mieszkańców.
                             Akcja w powieści przez długi czas ciągnie się leniwie, a autor opisuje nam perypetie poszczególnych mieszkańców. Dowiadujemy się, jakie kto ma problemy i jakie są ich najbardziej skryte marzenia. Zdajemy sobie też sprawę, że gdy już kupili od pana Gaunta rzecz, o której marzyli, nie mogą znieść myśli, że może im ona zostać odebrana. „Płacą” więc właścicielowi z pozoru niewinnymi psikusami, które z czasem doprowadzają do wielkich tragedii. W momencie, gdy przedmioty zaczynają władać duszami swoich nowych właścicieli, robi się coraz mroczniej i straszniej, a akcja gwałtownie przyspiesza, przez co nie da się oderwać od lektury.
                             Największym atutem tej powieści Kinga jest przedstawienie tylu różnych osobowości. Choć postaci jest mnóstwo, to jednak autor nie pogubił się w tym wszystkim i każdego z nich stworzył wyjątkowego. Poznajemy tam między innymi kobietę, która wyszła ze szpitala psychiatrycznego i stara się wrócić do normalności, małego chłopca kolekcjonującego karty z graczami baseballowymi, kobietę polskiego pochodzenia z dosyć wybuchowym charakterem, przewodniczącego Rady Miejskiej powoli popadającego w manię prześladowczą oraz… szeryfa miasteczka, najbardziej w świecie pragnącego dowiedzieć się, jak naprawdę zginęli jego żona i synek. Każda z tych postaci (oraz wiele innych) ma mocno rozbudowaną psychikę i inne pragnienia, nie różnią się jednak pod jednym względem. Wszyscy mieszkańcy, nawet najbardziej sceptyczny ze wszystkich szeryf Pangborn, w końcu wpadają w sidła Gaunta. Każdy z nich bowiem jest gotów zrobić dosłownie wszystko, by zatrzymać przy sobie to, czego najbardziej w świecie pragnie.
                             Tą książkę mogę spokojnie polecić zarówno fanom Kinga, jak i tym, którzy pragną dopiero rozpocząć czytanie dzieł tego autora. Wielbiciele horrorów oraz drastycznych scen pod koniec lektury również powinni być zadowoleni.



Autor: Stephen King
Tytuł: Sklepik z marzeniami
Tytuł oryginału: Needful things
Wydawnictwo: A. Kuryłowicz Albatros
Rok wydania: 1991
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

21 lipca 2012

Recenzja - Conan i pradawni bogowie


                             Robert Howard to amerykański pisarz żyjący w patach 1906 – 1936. W czasie swojego dość krótkiego życia napisał mnóstwo opowiadań i wykreował wielu barwnych bohaterów, m. in. Solomona Kane’a, Pikta Brana Mak Morna, Kulla z Atlantydy i… Conana Barbarzyńcy.
                             Ten ostatni jest znany chyba każdemu z nas. Jeśli nie czytało się żadnego opowiadania o nim, ani nie oglądało filmów (jak na przykład ja), to chociaż się o nim słyszało i najczęściej od razu kojarzyło z wcielonym w jego rolę Arnoldem Schwarzeneggerem. Ostatnio jednak wizerunek napakowanego barbarzyńcy zaczął powoli odchodzić w zapomnienie…
                             Na szczęście paru osobom przyszło do głowy, by przypomnieć ludziom o Conanie i opowiadaniach o nim napisanych. W naszym kraju za ponowne wydanie przygód Cimmeryjczyka odpowiada wydawnictwo Rebis. I trzeba przyznać, że pierwszy tom, Conan i Pradawni Bogowie, sprawia dobre pierwsze wrażenie. Już sama okładka przyciąga.
                             Na pierwszym planie widzimy olbrzymiego czarnego demona, uciekającego po schodach i trzymającego przerzuconą mu przez ramię półnagą czarnowłosą dziewczynę. Porwane dziewczę o dziwo nie wygląda na przerażone, tylko wręcz przeciwnie – jest podniecone, jakby wcale nie groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Na drugim planie widzimy umięśnionego, czarnowłosego mężczyznę z mieczem w dłoni – Conana. Już sam okładkowy wizerunek Cimmeryjczyka jest mało podobny do tego filmowego, prawda?
                             Zagłębiając się w lekturę można się jeszcze bardziej zdziwić, jeśli oczywiście wcześniej się tych historii nie czytało. W książce bowiem mamy do przeczytania trzynaście pierwszych opowiadań o Conanie (umieszczonych w takiej kolejności, w jakiej napisał je Howard) oraz wiersz Cimmeria, opisujący nam ojczyznę bohatera. Poza tym wydawcy zaszczycili nas niepublikowanymi nigdy wcześniej fragmentami różnych opowiadań, mapą świata oraz pierwszą wersją Feniksa na mieczu – historii, w której po raz pierwszy pojawił się Conan. Wszystko to zawiera również mnóstwo ilustracji idealnie dopasowanych do tekstów.
                             Zadziwia również kolejność opowiadań. W pierwszym z nich, Feniksie na mieczu, poznajemy Conana jako króla Aquilonii, po to, by w następnej historii, Córce lodowego olbrzyma, zobaczyć go jako najemnika, a jeszcze potem, w Bogu w amforze, jako złodzieja. Takie przeskakiwanie do różnych okresów życia barbarzyńcy może wydawać się dziwne, jednak ma swój cel. Autor bowiem sam twierdził, że opisuje losy Conana tak, jakby Cimmeryjczyk sam mu je opowiadał, próbując wyłonić ze swojego życia jak najciekawsze epizody. Dzięki temu mamy szansę lepiej poznać naszego bohatera, zaobserwować zmiany, jakie zachodziły w nim w czasie trwania jego przygód. Widać, że Howard starał się jak najlepiej wykreować postać barbarzyńcy.
                             Nie tylko na to należy zwrócić uwagę. Wielkim plusem historii o Conanie są także opisy. Nie mówię tu tylko o opisach odwiedzanych przez Cimmeryjczyka miejsc, choć są one niewątpliwie magiczne, przepełnione złymi mocami. Moją uwagę zwróciły plastyczne opisy walk, które to bez najmniejszego problemu widziałam w swojej wyobraźni. A scen walk było sporo i pełne były krwi, latających wnętrzności, wylewających się mózgów i innych „uroczych” szczegółów. Fani tego typu masakr powinni być zadowoleni.
                             Męską część czytelników z całą pewnością zachwyci też ilość kobiet. Do tego najczęściej półnagich kobiet. Conan wyraźnie ma do takich słabość, co zresztą jest widoczne chociażby w Córce lodowego olbrzyma. Jego towarzyszki są jednak przedstawione różnie: od bojących się wszystkiego, potrzebujących takiego osiłka jak Cimmeryjczyk obrońcy, po niezależne, pragnące tylko, by je zaspokoił (choć tych drugich jest znacznie mniej).
                             Niestety, dla współczesnego czytelnika przygody Conana mogą wydać się oklepane. W końcu to wszystko już było, pojawiało się w literaturze i to niejednokrotnie. Naśladowcy Howarda aż za często podsuwali nam kolejnych napakowanych herosów, ratujących piękne kobiety i świat przed zagładą. Ma się jednak tą świadomość, że Conan był jednym z pierwszych tych herosów, a styl pisarza ma w sobie coś magicznego. Coś, co sprawia, że opowieści o Cimmeryjczyku czyta się z chęcią i nieraz nawet martwi się o jego los, mimo że to przecież oczywiste, że Conan przeżyje i jeszcze długo będzie pałętał się po swoim świecie. Trzeba przyznać, że te opowiadania (Na Croma!) przetrwały próbę czasu i cały czas są tak samo wciągające, jak zapewne były w latach dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy to Conan po raz pierwszy pojawiał się w czasopiśmie „Weird Tales”.
                             Z czystym sumieniem mogę polecić Conana zarówno fanom filmów o barbarzyńcy, jak i tym, co już wcześniej czytali te opowiadania. Jest to również dobra pozycja dla fanów fantastyki (szczególnie dla mężczyzn) oraz dla takich osób jak ja, którzy z chęcią sięgają po klasykę gatunku.


Autor: Robert E. Howard
Tytuł: Conan i pradawni bogowie
Tytuł oryginału: The Coming of Conan the Cimmerian
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2011
Tłumaczenie: Tomasz Nowak

27 czerwca 2012

Recenzja - Szamanka od Umarlaków


Na Szamankę od Umarlaków trafiłam po raz pierwszy w księgarni. Choć nazwisko autorki nic mi nie mówiło, to jednak od razu przyciągnął mnie do tej książki jej tytuł. Tak się składa, że bardzo lubię, gdy w czytanych przeze mnie powieściach pojawiają się duchy, wampiry, zombie czy inne żywe inaczej istoty, dlatego po zapoznaniu się z okładką i opisem z tyłu powieści stwierdziłam, że tą pozycję muszę u siebie mieć. I dlatego też na moje urodziny dostałam w prezencie Szamankę.
Okładka na pierwszy rzut oka nie jest powalająca. Ładna, jak wszystkie stworzone przez Fabrykę Słów, ale nie przyciąga aż tak jak na przykład Zawód: Wiedźma. Przedstawia ona szczupłą, czarnowłosą dziewczynę – tytułową Szamankę od Umarlaków. Trzyma ona w ręku jakiś dziwny, dymiący przedmiot, a przez jej mordercze spojrzenie ma się wrażenie, że chce tym czymś rzucić w czytelnika. Dookoła naszej bohaterki widoczne są jeszcze odłamki lustra. W niektórych z nich widać odbicia Szamanki.
Powieść opowiada o losach Idy Brzezińskiej. Dziewczyna pochodzi z rodziny czarodziejów. Jak do tej pory wszyscy jej przodkowie byli magami liczącymi się na świecie i rodzice Idy mają nadzieję, że ich córka podtrzyma tą tradycję. Niestety, Pech chciał, że nasza bohaterka nie dość, że nie posiada silnych zdolności magicznych, to jeszcze nie chce mieć z magią nic wspólnego. Ba, Ida najbardziej na świecie pragnie odciąć się od swojej zwariowanej rodzinki i studiować psychologię. Ostatecznie jednak okazuje się, że dziewczyna ma jednak jakąś zdolność – potrafi rozmawiać z duchami. Przez to wszystkie jej plany krzyżują się, w związku z czym Ida trafia prosto pod skrzydła ciotki medium.
Trzeba przyznać, że autorka wymyśliła ciekawą i spójną historię z oryginalnymi bohaterami. Zadziorna Ida przez cały czas z uporem maniaka próbuje osiągnąć swoje cele, jednak wszyscy – rodzice, duchy, ciotka, a nawet Pech – zdają się mieć jej zdanie w głębokim poważaniu. Z tego powodu ciężko jest nie zrozumieć jej frustracji. I chociaż ostatecznie Ida daje się wyszkolić na Szamankę od Umarlaków, to na pierwszy rzut oka widać, że nie ma powołania do swojego zawodu.
Od tej książki nie sposób jest się oderwać, bo na każdym kroku coś się dzieje. Poza tym nie brakuje tam ani humoru, ani dramatycznych wydarzeń, które splecione ze sobą dają nam istną mieszankę wybuchową. Wszystko to opisane jest w lekkim, łatwo przystępnym stylu. Do tego wszystkie wydarzenia dzieją się w Polsce.
W tej książce spodobała mi się nie tylko zadziorna Ida. Nie sposób nie zwrócić uwagi na Pecha, którego autorka spersonifikowała. Przez to dramatyczne momenty chwilami przerywane były krótkim opisem tego, jak to Pech cieszy się, że udało mu się doprowadzić Idę do takiej, a nie innej sytuacji.
Na uwagę zasługuje również Gryzak – Łapacz Snów, właścicielką którego została nasza Szamanka od Umarlaków. Z początku taka wizja łapacza mnie zdziwiła, (spodziewałam się takiego niby – wisiorka, jaki nieraz można kupić na rynku) jednak z czasem zwierzak po prostu mnie zachwycił. Za każdym razem, gdy Gryzak przypadkiem pojawił się na kartach powieści, myślałam sobie: „Też chcę takiego!”.
Nie brakuje także wątku z czarną magią. Pojawia się ona w którymś momencie i po jakimś czasie staje się jednym z głównych wątków. Ida staje się mimowolnym świadkiem tego, co demony mogą zrobić z człowiekiem, który niezbyt umiejętnie para się magią pochodzącą z piekieł. A potem musi stawić jej czoła, ku uciesze Pecha.
Zdecydowanie warto jest przeczytać tą książkę. Polubi ją z całą pewnością każdy wielbiciel duchów, może się także spodobać osobom lubiącym wątki z czarną magią i jej niezbyt dobrymi skutkami, bowiem w powieści ich nie zabraknie. Fani polskiej fantastyki również się nie zawiodą.




Tytuł: Szamanka od Umarlaków
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 383
Oprawa: miękka

2 czerwca 2012

Recenzja - Śmierć Magów z Yara


Witajcie!
Tym razem postanowiłam zamieścić recenzję książki jakiegoś polskiego autora. Jakby nie patrzeć, polska literatura fantasy też ma nam, czytelnikom, sporo do zaoferowania. :)


                             Śmierć Magów z Yara to kolejna książka, na którą natrafiłam przez przypadek. Któregoś dnia błądziłam sobie po bibliotece szkolnej, szukając czegoś do poczytania i natrafiłam właśnie na ten tytuł. Nazwisko Dębski już się wcześniej obiło o uszy, ale pierwszy raz miałam mieć do czynienia z tym autorem, dlatego bez wahania wypożyczyłam książkę.
                             Nie tylko samo nazwisko autora zachęca do przeczytania. Okładka również zwraca uwagę, przedstawia bowiem odciętą rękę, a raczej przedramię, wokół którego pełno jest krwi i… kamienia? Tak, to chyba dobre słowo. Paznokcie są wymalowane na czarno i ostro zakończone, a dłoń zaciśnięta w pięść, co we mnie wzbudziło irracjonalny niepokój.
                             Sam pomysł na fabułę bardzo przypadł mi do gustu. Opowiada o dwudziestym pierwszym potomku niejakiego króla Cergolusa, któremu źli Magowie z Yara zniszczyli magiczny miecz, po czym ukryli się na swoich ziemiach. Malcon, główny bohater powieści jest ostatnim, który może naprawić miecz i tym samym nie pozwolić, aby zło wypełzło z przeklętej krainy. A jedynym sposobem na wykonanie tej misji jest zabicie wymienionych już Magów. Młodzieniec wiedząc, że jest jedyną nadzieją ludu, bierze to, co zostało z Gaeda, magicznego miecza i wyrusza w wyprawę. Zaraz po wkroczeniu do Yara spotyka Hoca, władcę niemalże wymarłego plemienia Enda. Mężczyzna w zamian za ratunek postanawia mu pomóc.
                             Już z samego tytułu można było się domyśleć, jakie będzie zakończenie. Mimo tej wiedzy z chęcią czytałam, licząc na jakieś utrudnienia, porażki Malcona, które sprawią, że zwątpię w to, co sugeruje nam tytuł książki. Niestety, pod tym względem się zawiodłam. Książka jest przewidywalna do bólu, a bohaterom wszelkie napotkane trudności jakoś bez większych problemów udaje się pokonywać. Sami Magowie również wydali mi się niegroźni. Niby tacy potężni, ale dlaczego żaden nie użył lepszych sztuczek na pozbycie się Malcona i spółki? Choć akcja już od samego początku pędzi do przodu i przy czytaniu nie ma mowy o nudzie, to jednak trudno napotkać jakieś niespodziewane zwroty akcji.
                             Na szczęście te wady rekompensuje nam postać głównego bohatera. Malcon mimo królewskiego pochodzenia jest osobą, w którą nietrudno się wczuć. W czasie swojej przygody nieraz ma chwile wahania, przeżywa rozterki, długo rozmyśla nad pokonaniem napotkanej przeszkody. Niejednokrotnie boi się o własne życie, a także musi walczyć ze złem w Yara, aby nim nie owładnęło i by nie zapomniał o swojej misji. Jest on również świadom odpowiedzialności, jaka nad nim ciąży i wie, że ma niewiele czasu na zabicie Magów, przez co myśli o irracjonalnych rozwiązaniach. Zapewne gdyby nie obecność Hoca i jego wsparcie, misja nie zakończyłaby się powodzeniem.
                             Lekki styl sprawia, że książkę czyta się w błyskawicznym tempie. Mi wystarczyły dwa wieczory, aby przeczytać tę ponad trzystu stronicową powieść. Choć po jej przeczytaniu czuło się lekki niedosyt, to jednak ciężko powiedzieć, że była zła. Sami główni bohaterowie bardzo mi się spodobali i z chęcią przeczytałabym następną historię z ich udziałem. Wolałabym jednak nie wiedzieć od samego początku, jakie będzie zakończenie ich przygody.
                             Ta książka z całą pewnością powinna spodobać się osobom lubiącym klasyczne fantasy i historie, w których głównym motywem jest walka dobra ze złem, gdzie ostatecznie i tak wygrywa to pierwsze. Nie polecam jej tym, co to lubią mieć niespodziankę w czasie lektury, bo takowych w powieści nie ma.




Tytuł: Śmierć Magów z Yara
Autor: Eugeniusz Dębski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 384
Oprawa: miękka

31 maja 2012

Recenzja - Zawód: Wiedźma cz. 1


Witam,
Tym razem przedstawiam wam recenzję książki, którą czytałam dosyć dawno temu, ale dobre wrażenie po niej pozostało mi po dziś dzień. Mam nadzieję, że ta recenzja choć trochę was przekona, żebyście po nią sięgnęli. :) 



                           Czasami zdarza się tak, że na ciekawą i odprężającą książkę można trafić zupełnie przez przypadek. Tak mi się przytrafiło kilka lat temu, kiedy to jako prezent urodzinowy otrzymałam książkę o jakże ciekawym tytule Zawód: Wiedźma. Nigdy wcześniej ani nie słyszałam o tym tytule, ani nie widziałam nigdzie nazwiska autorki, Olgi Gromyko. Jak się potem okazało, Zawód: Wiedźma to jej debiutancki twór.
                             Skoro tytuł i nazwisko autorki nic mi nie mówiło o jej jakości, to zaczęłam wyrabiać sobie zdanie patrząc na jej okładkę. A ona jest – jak chyba wszystkie wydane przez Fabrykę Słów – dosyć ciekawa. Patrzy na nas młoda dziewczyna z intensywnie zielonymi oczami i rozczochranymi rudymi włosami. Na jej twarzy widnieje ni to ironiczny, ni to niewinny uśmiech. Niby nic specjalnego. I racja, bo bardziej rzuca się w oczy pokazywany przez dziewczynę środkowy palec i wyczarowany przez nią magiczny ognik. Wspomniany już gest bohaterki oraz naszyjnik z główek czosnku daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z dość… ekscentryczną osobą.
                             Jak się okazuje po otwarciu książki, nasza bohaterka zwie się Wolha Redna i jest adeptką Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Jedzie ona do Dogewy, krainy wampirów, aby dać tamtejszemu władcy list od swojego mistrza, wykonać misję, która przed nią pochłonęła trzynaście ofiar (w tym kilku magów, którzy już dawno mieli za sobą szkołę), a także… napisać pracę zaliczeniową. Wolha już od samego początku pokazuje swój trudny charakter. Nie dość, że bezczelnie czyta cudzą korespondencję, to jeszcze okrada złodzieja, który po drodze na nią wyskakuje. No cóż… studenckie przyjemności kosztują.
                             Niektórzy z czytelników zapewne zauważyli słowo „wampiry” i już patrzą na książkę sceptycznie. Tak, wiem, że w dobie Zmierzchu wizerunek wampira znacznie złagodniał i w tej powieści również do najgroźniejszych nie należą. Ale tutaj różnią się od rodzinki Cullenów. Nie świecą się w słońcu. Zmieniają się w wilki. I mają skrzydła, które i tak nie są im do niczego potrzebne, bo latać nie umieją. Do tego są to dosyć przyjazne stworzenia, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie, gdy obserwuje się relacje Wolhy z niektórymi mieszkańcami Dogewy.
                             Świat przedstawiony poznajemy z punktu widzenia głównej bohaterki, znamy wszystkie jej myśli, które bardzo często rozbawiają czytelnika. Mimo iż dziewczyna postanawia w swojej pracy zaliczeniowej zwalczać stereotypy na temat wampirów, to jednak nie raz boi się, że stanie jej się krzywda z ich strony. Jej eksperymenty, nieraz irracjonalny strach i wpadki w obecności ważnych wampirzych osobistości wprowadzają dużo humoru do książki. Ba, w czasie lektury niejednokrotnie musiałam odkładać książkę, bo ze śmiechu bolał mnie brzuch.
                             Nie dość, że jest sporo humoru sytuacyjnego, to jeszcze mamy to podane w lekkim, niemalże gawędziarskim stylu. Mamy wrażenie, jakby Wolha stała obok i opowiadała nam o wydarzeniach w książce. Poza nią dobrze zarysowane są charaktery Lena – wampirzego króla, oraz Kryna – wampirzyca, u której W. Redna mieszkała podczas swojego pobytu w Dogewie.
                             Przez to, że całość jest opisana w bardzo ciekawy i zabawny sposób, czyta się tą książkę bardzo szybko. Byłam zawiedziona, gdy po niecałych dwóch dniach doczytałam ostatnią stronę. Chciałam poznać ciąg dalszy perypetii Wolhy i zaczęłam czym prędzej szukać części drugiej Zawodu: Wiedźmy.
                             Polecam tą książkę każdemu, kto lubi fantastykę na wesoło albo najzwyczajniej w świecie chce się pośmiać w czasie czytania. Jest to też dobra lektura dla dziewczyn – w końcu ukazuje nam świat z „babskiego” punktu widzenia. Zdecydowanie odradzam zabierania tej książki do środków komunikacji – no, chyba że komuś nie przeszkadzają dziwne spojrzenia współpasażerów towarzyszące czytelnikowi za każdym razem, gdy zacznie się śmiać…



Tytuł: Zawód: Wiedźma część 1
Autor: Olga Gromyko
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok polskiego wydania: 2007
Liczba stron: 292
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Projekt okładki: Piotr Cieśliński
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-7574-258-9
Mia land-of-grafic